Satanizm współczesny : Satanorium.pl

Podzielony tematycznie zbiór tekstów, zawierający eseje, tłumaczenia klasycznych tekstów, rozmaite opracowania bądź próbki poezji.
Miejsce przeznaczone dla zarejestrowanych użytkowników, służace dyskusji, wymianie poglądów, a także swobodnym towarzyskim rozmowom.
Pokaźny zbiór opisów symboli, jakie wykształciły się w świadomości zbiorowej na przestrzeni dziejów z naciskiem na symbole mniej lub bardziej związane z satanizmem.
Katalog miejsc w sieci, godnych polecenia i ciekawych. Zbiór został uporządkowany według kategorii, gdzie między innymi znajdziemy prywatne witryny użytkowników jak i duże portale tematyczne.
Czytelnia
Re
Wiara szukająca zrozumienia

Jestem ateistą. Nie wierzę w żadnych bogów, nie przyjmuje żadnej teorii metafizycznej. "Dlaczego nie wierzysz w Boga?" - zapytał mnie kiedyś mój znajomy, także ateista. Pytanie wydawało się banalne i wydawałoby się, iż oczekuje banalnej i szybkiej odpowiedzi. Nawet mnie jako zapytanego, nie zadowoliłaby odpowiedź, nie wychodząca poza rzucanie sloganów o ograniczaniu człowieka przez wiarę, nie mówiąc o próbie wydawania kategorycznych sądów, stwierdzających nieistnienie Boga. Mówiąc o Bogu nie mieliśmy na myśli żadnego konkretnego, używaliśmy pojęcia jako myślowego skrótu dla wszelkich bytów i zjawisk, których nie zalicza się do świata materii, którego obraz wyłania się zza kulis nauk przyrodniczych. Ten tekst jest echem tamtej dyskusji, w którym postaram wytłumaczyć się z własnego ateizmu i odpowiedzieć wyczerpująco na pytanie o własną niewiarę w jakąkolwiek metafizykę.

Na początek należy powiedzieć, że istnienie albo nieistnienie jakiekolwiek bóstwa jest niedowodliwe. Wszelkie próby rozumowego wykazania swojej racji w tej materii się nie powiodą. Nie oczekujmy od nikogo dowodu na istnienie bądź nieistnienie Boga, czasy ich konstruowania minęły dawno temu, nikt nie sili się już na owe średniowieczne rozumowe spekulacje, których zaprzestano odkąd w filozofii chrześcijańskiej zapanował tomizm. Nie ma dowodu, który nie zawierałby błędu, nie ma też żadnych rozumowych metafizycznych spekulacji, których nie dałoby się poddać w wątpliwość. Prób było bardzo wiele, a im były późniejsze, tym bardziej starały się być rzetelne. Jak sięgniemy do początków nowożytnej filozofii, zauważymy Kartezjusza, który chciał w swoich wywodach uzyskać maksymalną pewność, oprzeć się na niepodważalnych tezach i wychodząc od swojego "cogito ergo sum", stworzył całą metafizyczną teorię, udowodnił istnienie Boga i duszy. Niestety w jego rozważaniach i wnioskowaniach każdy logicznie myślący człowiek znajdzie wiele luk, przeoczeń i uproszczeń. Wśród samych filozofów chrześcijańskich Tomasz z Akwinu jako pierwszy doszedł do wniosku, że "jedyne co możemy powiedzieć o Bogu to to, że jest niepoznawalny". Później, w XVIII wieku, granice ludzkiemu poznaniu chciał narzucić Immanuel Kant, którego zamierzeniem było rzetelne określenie mocy aparatu poznawczego człowieka. Mimo wielu rzeczy, za które można dziś Kanta nie lubić lub się z nim nie zgadzać, należy mu przypisać zepchnięcie, do tej pory swawolnie uprawianej metafizyki, do rangi zwykłych rozumowych spekulacji - do sfery tak zwanego praktycznego rozumu, których efektem może być jedynie stawianie postulatów, bez pretensji o ich wiążące znaczenie wobec rzeczywistości. Mimo że teorie metafizyczne pojawiły się także po wystąpieniu Kanta, obecnie, w filozofii XX wieku nikt, no może prawie nikt, nie buduje już teorii metafizycznych. Przyjmijmy zatem niedowodliwość istnienia Boga jako istotny punkt wyjścia do dalszych rozważań.

Skoro nie zaprzeczę istnienia Boga drogą rozumowych dociekań, nie mogę przedstawić żadnego dowodu, a i też nikt nie udowodni mi tezy przeciwnej. Tym samym nie zaprzeczam i nie odmawiam możliwości istnienia takiego albo innego zaświatowego bytu, ani jakichkolwiek zaświatów w ogóle. Podzielam w tym miejscu, w pewnym sensie, agnostycki pogląd na świat, że jeżeli coś istnieje poza fizycznym światem, jest to z naszego punktu widzenia rozumowo i doświadczalnie niepoznawalne. Jednak niedowodliwość i niepoznawalność hipotetycznych transcendentnych bytów nie jest wystarczającym argumentem za tym, że wiara w nie nie ma sensu. Wiara jak sama nazwa wskazuje jest przyjmowaniem pewnych prawd bez wystarczającego i rozumowo przekonującego uzasadnienia. Nie wierzymy w fakty udowodnione czy naocznie stwierdzone, gdyż nie musimy - my wiemy, że one miały miejsce, przekonuje nas o tym poprawny dowód albo świadectwo zdrowych zmysłów. Wobec tego, moja odpowiedź na pytanie o niewiarę musi łączyć się z pytaniem o przyczynę wiary, jej źródła, czyli odpowiedzenie sobie dlaczego człowiek wierzy, a dokładniej, dlaczego chce wierzyć w rzeczy niepoznawalne, rozumowo i zmysłowo nieosiągalne.

Wielu ludzi potrzebuje kompletnej mapy rzeczywistości, która wykracza swym zasięgiem poza świat materii, mapy która wskaże mu odpowiedź na różne pytania, którymi nie zajmują się nauki przyrodnicze i z którymi nie radzi sobie także filozofia. Odpowiedzi na pytania o życie pozagrobowe, sens i cel własnego życia, miejsce człowieka we wszechświecie, może dać tylko religia czy jakikolwiek system wierzeń. Podany system musi przemawiać do ludzkiej wyobraźni na tyle, aby mógł zostać przyjęty; prawdom tym musimy dać wiarę, a w zamian otrzymujemy odpowiedzi na nękające nas pytania, istne "coś za coś". W zasadzie nie ma istotnej różnicy czy w przyjętym systemie będzie jeden, dwóch czy wielu bogów czy może nie będzie ich w ogóle, czy będzie zawierał koncepcję świata, który jest równoległy do świata fizycznego czy też będzie elementem świata materii. Nie ma znaczenia czy będzie to znana światowa religia jak islam czy chrześcijaństwo czy modyfikacja innej religii albo prywatny, stworzony przez siebie system wierzeń. Liczy się to czy czujemy potrzebę wypełnienia braków w posiadanej mapie rzeczywistości tak silną, iż dopiero przyjęcie pewnych wierzeń jest w stanie ją zaspokoić.

Jedni wolą nakarmić się do syta teoriami, drudzy wolą światopoglądową delikatną dietę, stawiając na minimalistyczne systemy, gdzie najważniejszym kryterium jest możliwie największa pewność przyjmowanych prawd. Siebie widzę w tej drugiej grupie, wybieram niedobór niż karmienie się pożywieniem wątpliwej jakości. Nie potrzebuję metafizyki dla zapewnienia wątpliwej sytości poznania. Tym samym Bóg, Allach, Najwyższa Istota, Absolut czy jeszcze inna koncepcja nie mogą być elementem mojego światopoglądu. "Uwierz, a poznasz tajemnice wszechświata" - taka retoryka mnie nie przekonuje, jeśli mam w coś uwierzyć to na pewno nie dlatego, żeby uzupełnić braki w swoim widzeniu rzeczywistości. Z biegiem lat margines rzeczy niezwykłych i niewyjaśnionych zacieśniał się w wyniku postępu nauki, kiedyś ogniowi czy wyładowaniom atmosferycznym przypisywano boskie pochodzenie. Dzisiaj te i inne zjawiska są wyjaśnione, ale pamiętajmy zarazem, że miejsce na wiarę będzie zawsze, tak jak zawsze będzie obszar, do którego nauka nawet nie ma zamiaru sięgać. Można tę pozanaukową sferę teoretyzować, a każda teoria jest tak samo dobra, a tak naprawdę to tak samo zła - jest tylko ludzkim wymysłem, nieweryfikowalnym w żaden sposób.

Wiara może ustalić porządek wszechświata, a w tym także porządek moralny. To rzecz o wiele bardziej istotna, gdyż wiara może być niezawodnym instrumentem dającym nam reguły i zasady postępowania, może nas poprowadzić i powiedzieć co jest dobre, co jest złe i dać odpowiedź na fundamentalne w sferze moralnej pytanie - jak żyć? Tutaj koncepcja rzeczywistości musi być wzbogacona o pewne elementy, nie wystarczy samo istnienie bogów, zaświatów, czyli sam system, w którym człowiek jest niezależny. Bóg lub bogowie muszą mieć wpływ na losy człowieka albo losy człowieka muszą być zależne od koncepcji czy też w nią wplecione. Tak jak w religii katolickiej, prezentuje się rzeczywistość, w której od woli Boga, od decyzji Sądu Ostatecznego zależne jest życie pozagrobowe. Wtedy Bóg może wydawać różne imperatywy moralne, w przypadku katolicyzmu obecne są między innymi w Dekalogu. Nakazy tej najwyższej instancji są zarazem oparciem, niezawodną dla wierzącego wskazówką, przepisem na właściwe życie. Sam system metafizyczny może być w tym przypadku tylko narzędziem do budowy systemu etycznego. Trudno byłoby uwierzyć w uniwersalne, absolutne prawa moralne, nie podane jako element szerszej koncepcji; to tak jakby przekazać człowiekowi 10 przykazań, kazać przyjąć jako nakazy, a nie przedstawić mu koncepcji Boga, Raju i Piekła oraz przypowieści o Mojżeszu i górze Synaj albo innej, równie sugestywnej. Szersza koncepcja jest niezbędna, między innymi dlatego że trudno jest postępować w myśl pewnego kodeksu jeśli nie jesteśmy świadomi żadnej kary albo nagrody, zależnie od naszych zachowań. Obietnice takie jak życie wieczne, Raj są kuszącą propozycją szczególnie jak za życia towarzyszy nam strach przed śmiercią, przemijaniem albo gdy następuje konfrontacja marnej ziemskiej rzeczywistości z obiecywanymi nieskończonymi dobrodziejstwami w zaświatach.

Wiara niewątpliwie daje nam moralne oparcie, ale jak zwykle "coś za coś". Tym razem oprócz przyjęcia na wiarę pewnej koncepcji, zrzekamy się także naszej osobistej wykładni w sprawach moralnych. Nie my decydujemy co jest dobre, a co jest złe i nie my decydujemy gdzie leży nasze szczęście, to ustala odgórnie nasza koncepcja, nasza suwerenność w tej materii jest bardzo ograniczona. Tak samo wiara dająca zupełną wolność moralną może być oparciem, nie daje wskazówek, ale daje nam świadomość istnienia czegoś ponad nami, czegoś silnego, co posiada moc. Kiedy się do tego bytu zwracamy, wierzymy, że jest w stanie nam pomóc, nie jesteśmy już sami.

Kogo zniewala wiara? Ludzi szukających oparcia, którzy nie są w stanie zbudować własnej recepty na szczęście, dla tych co potrafią wierzyć w niepoznawalne i są w tym silni, a słabi w samostanowieniu o sobie i wyznaczaniu sobie prawa. Tych co nie potrafią sami sterować łodzią, a chcą oddać stery w cudze ręce i zaufać komuś innemu, nie sobie. Łodzią musi sterować dobry żeglarz, tym bardziej, że rzeka, po której płynie, często wpada w wiry, a podróż bywa trudna. Jedni zatopią się kierując sami, jednych zatopi ten komu zaufają. Satanizm to wzięcie sterów we własne ręce i umiejętność dotarcia do celu. Ktoś zarzuci mi, że nie potrafię uwierzyć, że nie umiem zaufać. Moja odpowiedź - nie muszę, potrafię przeprowadzić swoją łódź przez rafy i wiry, sam, bez boskiej interwencji. Jeśli chodzi o moje kierowanie własnym życiem wybieram rolę kapitana, nie pasażera.

Do tej pory rozważaliśmy sytuację czysto indywidualną, człowieka decydującego się na przyjęcie tej czy innej wiary, ewentualnie odrzucającego jakąkolwiek metafizykę. Powiedzieliśmy o potrzebach człowieka i o tym jak wiara może je zaspokoić. Teraz przenosimy się z naszymi dociekaniami w kontekst społeczny, gdzie fenomen wiary rozpatrywany w grupach, może mieć zgoła inne źródła niż te przedstawione poprzednio, gdzie analizowaliśmy przypadek czysto indywidualny.

W rzeczywistości, w przypadku ludzi wierzących rzadziej mamy do czynienia z sytuacją gdzie wyznawca sam, świadomie wybiera swoją religię, nawraca się albo zmienia system wierzeń. Najczęściej o wyznaniu człowieka decyduje jego otoczenie, a zatem wpływy społeczne. Religię przyjmuje się często w rodzinie, wpaja się już dziecku pewien system wierzeń, a ono wychowane w takiej tradycji ostaje się często przy pierwotnej religii, nie zważając zupełnie na własne potrzeby. Sukces wytrwania w wierze zależy w dużej mierze od otoczenia, dziecko dorasta, opuszcza rodzinę, zakłada swoją i wychowuje własne dzieci w przekazanym przez rodziców wyznaniu albo zmienia religię na inną, ewentualnie ateizuje się na pewnym etapie życia. Dlaczego? Zależy to od wielu czynników, między innymi: rozwoju intelektualnego, własnej świadomości, osobistych sukcesów albo niepowodzeń życiowych, statusu materialnego i właśnie to o czym będziemy mówić - wpływu społecznego. Ten ostatni jest czynnikiem zupełnie nieindywidualnym, pod który, nie zaryzykuje jeśli powiem, że podpada większość katolików w naszym społeczeństwie.

Działa tu mechanizm poszukiwania legitymacji dla słuszności swoich poczynań i wyborów w zachowaniach grup, a dokładniej dużej grupy jaką jest społeczeństwo. To swoisty, zaprogramowany automatyzm, który pozwala szybko poddać coś pod ocenę lub dać wskazówkę. Działa na zasadzie, że słuszne jest to co robi większość i dobre lub złe jest to co powszechnie jest za takie uznawane. Jeśli grupa ludzi na ulicy zaczyna uciekać w pewnym kierunku, łatwo poddać się tej sugestii i zacząć biec razem z nimi, nie wiedząc przed czym właściwie się ucieka. Bywa tak, że może nas to wyratować przed katastrofą, na przykład zawaleniem się budynku, gdyż jako jeden z wielu posiadanych automatyzmów tak i ten bywa użyteczny. Zaletą wszelkich automatycznych zachowań jest szybkość podejmowania decyzji i zwolnienie z myślenia. Nietrudno się domyślić, że automat może w ten sposób zadziałać przeciwko nam. Jeśli wrócimy do tematu wiary, wystarczy wyobrazić sobie człowieka osadzonego w otoczeniu, gdzie prawie każdy wyznaje tę samą religię. Automat podpowiada "skoro wszyscy dookoła wierzą i potępiają ateizm, więc zapewne jest to coś czego mogę być pewny, jest to słuszne". Indywidualna analiza potrzeb, refleksja nad własną wiarą zostaje zaniechana, jest uznana za niepotrzebną, dowód że podążam właściwą drogą tkwi w powszechności tego co wyznaję.

Gdyby przywołać metaforę z łodzią i sternikiem, to w tym aspekcie nie wybieramy sternika dla swojej łodzi nie dlatego, że nie potrafimy nią sterować, tylko dlatego, że wszyscy wokół nie chcą żeglować sami. Mało tego, wybieramy takiego samego sternika jak reszta nawet wtedy, gdy mamy na oku naszym zdaniem lepszego albo mamy świadomość, że lepiej zrobilibyśmy to sami. Satanizm to świadomość takich zachowań i umiejętność wyłamania się z grupy, podejście indywidualne, walka z automatyzmami tam, gdzie nie jest ich miejsce. Nacisk społeczny nie może determinować tak intymnej sfery człowieka jaką jest wiara. Chroni już przed tym sama świadomość pewnych procesów społecznych, która nakłania do myślenia i analizowania swoich działań i pozwala wychwycić, kiedy podjęta decyzja jest naprawdę nasza własną decyzją, zgodną z naszymi potrzebami, a nie jest tylko efektem zewnętrznego wpływu.

Wyznawanie jakiejkolwiek religii, jeśli nie jest to efekt nieuświadomionych, bądź nawet świadomych wpływów otoczenia, odwołuje się do ludzkich potrzeb. Św. Augustyn, który jest autorem powiedzenia zawartego w tytule, szukał zrozumienia dla wiary w sensie rozumowego uzasadnienia przyjmowanych przez niego odwiecznych prawd. Teraz wiara potrzebuje innego zrozumienia, poznania jej mechanizmów powstawania i ustalenia przyczyn fenomenu religijności. Tylko wtedy można wytłumaczyć się z ateizmu. Odwiecznie nękające człowieka pytania, strach przed śmiercią, ograniczone możliwości poznania, potrzeba niezawodnych wykładni praw moralnych, poszukiwanie przepisu na życie to być może nie wszystkie, ale wydaje się najważniejsze czynniki pchające człowieka w kierunku jakiejś wiary. Warto zwrócić uwagę, że popularne staje się tworzenie różnych, własnych odmian chrześcijaństwa, nie widzę nic w tym złego, nie wszystkim może pasować rygorystyczny w zasadach katolicyzm i zachowania kleru. Pytanie tylko na ile tworzenie własnych odmian nauki chrystusowej jest odpowiedzią na własne potrzeby, a ile jest w tym nacisku zewnętrznego, gdzie przejście na ateizm spotkałoby się z potępieniem. Na to pytanie muszą odpowiedzieć oni sami przed sobą. Ja wybieram ateizm, nie tylko przez swoją naturę "niewiernego Tomasza", ale także dlatego, że wiara nie oferuje mi więcej ponad to co zabiera. Pokładam wystarczającą ufność samemu sobie, nie doskwiera mi ani "egzystencjalny ból", ani samotność, nie boję się śmierci, prawa moralne sam noszę w sobie jak i sam potrafię stworzyć własną receptę na szczęście.

Pascal twierdził, że jeśli uwierzymy i Bóg istnieje to wygrywamy zbawienie, a jeśli nie istnieje to wierząc nic nie tracimy, więc warto podjąć zakład i uwierzyć. Nie podejmuje zakładu Pascala, utracę bowiem wtedy pewną cząstkę autonomii w moich sądach o rzeczywistości, rzeczywistości która już nie jest nieznana, ale staje się jakaś, ustalona, dorzucam sobie kolejne dogmaty, a te nigdy nie były sprzymierzeńcami wolnej myśli i tolerancji.

Wróć