|
Wszystkie drogi prowadzą do Kościoła... Do instytucji, która , w trakcie swych kilku tysięcy lat istnienia, zdążyła wpisać na karty swych osiągnięć co ważniejsze zmiany, jeśli mowa o kwestii wiary. A wydawać by się mogło, że temat ten ciągle pozostaje zamknięty, no bo komu może przyjść do głowy taki pomysł? A jednak przyszedł i to nawet kilka. Ale skupmy się jednak na jednym... Śledząc historię w dziejach przedchrześcijańskich trzeba było dokonać pewnych ulepszeń, by można było coraz łatwiej manipulować zdewociałym społeczeństwem. Otóż bóg tamtych lat nie był wcale litościwy, a tym bardziej miłosierny. Był on wszechwładnym zsyłającym potop, mszczący się na ciemiężycielach swych owieczek, palący Sodomę i Gomorę, nakazujący palić pierworodnych w dowód posłuszeństwa i dobrej woli, karzący za najdrobniejszy przejaw niesubordynacji ludzi nieważne jak wysoko postawionych w hierarchii „swych- zwolenników”, a jednocześnie zsyłający mannę z nieba... Czy jest on podobny do boga naszych czasów, który jest obecny jedynie tam, dokąd idziemy, by odebrać swą nagrodę za upadanie do nóg pośrednikom? Dziś takie bezapelacyjne posłuszeństwo byłoby źle przyjęte, bo niezrozumiane i pewnie dalej broczące w bagnie nietolerancji. Dziś dysponujemy pojęciem „wolnej woli”, czyli- dziś- możemy wybrać. Ale jaka to przyjemność wyboru między niekończącym się żarem ognia piekielnego, a przyjemną wegetacją w niebie? Poza tym, jest ona ograniczona przez nakazy, zakazy i wieczne niespełnienie, a jedyny jej przejaw leży w tym, czy jesteśmy z Kościołem, czy też nie. Wiadomo, że trzeba było zmienić założenia instytucji, przekształcić boga na obraz docierający do współczesnego człowieka. W życiu teraźniejszym należy jednak więcej dawać i nie żądać czegoś w zamian, taką mamy rzeczywistość. Bóg stał się narzędziem w rękach kapłanów. Jak zatem można ufać czemuś, co dostosowywuje się zarówno do swoich potrzeb, jak i jednocześnie do potrzeb wyznawców dłuższą już chwilę oraz tych potencjalnych? Kościół dziś to jedynie martwa idea...
|